Aside

Tagi

Czasem w tym narzekaniu zapominam o tym, jak bardzo chcę te studia skończyć i zacząć pracować. Wiem, że papierologia, że absurdy NFZ, że długie godziny, za mało lekarzy i za dużo pacjentów w dusznych, 8-osobowych salach, które nie widziały ekipy remontowej od czasów Gierka, wszystko to biorę pod uwagę. Tak, jak idąc na studia wiedziałam, że zabije mnie na nich szalenie istotna biochemia, chemia albo biofizyka – na pewno nie anatomia, czy teraz fizjologia.

Mimo całego zrzędzenia ani razu nie pomyślałam, żeby zostawić te studia. Wydaje mi się to tak abstrakcyjne, że aż się śmieję. Mimo wszystkich poświeceń i niekoniecznie dobrych zmian, ani razu nie żałowałam swojej decyzji.

Ten spokój i ulga, że znalazłam w końcu to, w czym widzę się za 5 i 25 lat jest nie do opisania. I jest trochę dziwnym uczuciem, bo przez ostatnie lata, myślałam głównie jakie bezsensowne jest to co, robię i czemuż ja tego nie rzucę w końcu. Dobrze, że rzuciłam:)

Musze się ogarnąć. Wrócić do normalnej egzystencji, bo jeszcze trochę, a w ogóle skapcieję między tymi książkami. Rzecz w tym, że jakoś tak wypadłam z obiegu ostatnimi czasy, że nie bardzo wiem, jak miałabym się znowu odnaleźć wśród niemedycznych ludzi. Dziwne to trochę, w końcu to znajomi, ale ja ogólnie towarzysko jestem dziwna. Potrafię miesiącami, latami się świetnie bawić, poznawać co tydzień pińcet nowych osób, jeździć na szalone tripy po Europie, a potem wpadam w jakiś marazm i nie mam ochoty wychodzić w ogóle. Z reguły kończy się to stanem okołodepresyjnym, bo jakżeby inaczej mogło.

Więc dziś nie idę, ale za tydzień już nie ma zmiłuj – wychodzę czy mi się chce, czy nie.

Co jednak zauważyłam, siedząc jak ciuma w domu w weekend, i co mnie cieszy. Przechodzi mi to medyczne zajawienie. Kiedyś miałam na celu wytropienie i zdobycie wszystkich książek/flmów/seriali o tematyce medycznej. Wszystkich – od Stulecia Chirurgów po Hart od Dixie, obejrzałam wszystkie możliwe szpitalne produkcje jak Boston Med czy Junior Doctors, przeczytałam wszystko wydane po polsku lub angielsku i nie miałam dosyć. I chyba w końcu mam. BBC wypuściło jakiś czas temu miniserial o rosyjskim lekarzu na zapadłej wsi – ściągnęłam i nie mogę się za niego zabrać. Całe szczęście, naprawdę.

Ale jakby komuś było mało, to chętnie polecę coś medyczneg/historycznomedycznego/romantycznomedycznego/kryminalnomedycznego… ;D

 

 

„Dość dobry” w indeksie (serio, skąd oni biorą takie poetyckie określenia…?), żegnamy makrofagi. Gdyby jedyny fajniejszych asystentów tych studiów so far prowadził więcej niż 1-2 zajęcia, immunologia mogła być hitem tego roku. A tak była tylko frustracją.

W nagrodę kupiłam sobie w końcu imadło i będę łatać kurczaki o każdej porze dnia i nocy. Tzn tak długo, jak starczy mi zapasu przeterminowanych nici…

Czas na stetoskop:>

Zrobiłam małe rozpoznanie (czego się nie robi, żeby się nie uczyć…) i sama już nie wiem. Iść za tłumem i kupować Littmanna? Mam mieszane uczucia, bo kojarzy mi się z typowym amerykańskim, przereklamowanym produktem, za który płaci się dużo więcej, niż jest wart i z 50% tej ceny idzie na logo. Z drugiej strony znajomi chwalą (jak już wyskoczyli z 300 zł…), wybór kolorków ogromny – nigdy nie myślałam, że ten argument będzie miał w ogóle rację bytu, ale jednak baba to baba😉 Czarny jest fajny, te wszystkie brassy i coppery też i jak już mam coś kupować na lata, to niechże mi się podoba, no.

Z drugiej strony można kupić coś tańszego, chyba niekoniecznie gorszego i polskiego, co dla mnie jest akurat zaletą. Tu na placu boju mamy Ecomeda, Yavita i Kameda, z czego ten ostatni jest chyba najsensowniejszy i najtrudniejszy do zdobycia. Brałabym go, ale poza wypasionymi modelami za 700-800 zł nie do dostania online, trzeba szukać w sklepach stacjonarnych gdzieś w Polsce. Także Kamed chyba w sferze marzeń zostanie. Yavity ma sporo osób, większość zadowolona, chociaż kurde jedna z koleżanek miała z nim problemy natury „nie słyszę na jedno ucho”. Został jeszcze do przepytania kolega prawie anestezjolog, zobaczymy, co ma do powiedzenia. Yavit w zależności od stopnia wypasu to kwestia 100 albo 200 zł, więc przyjemnie. Gorzej z kolorkami (I know…), bo tu wybór jest  żaden – czarny albo granatowy, tudzież inny ciemnozielony. Ecomed to w zasadzie to samo, za 120 zł można sobie zafundować decyzję granatowy-czy-czerwony.

 

No i zostaje chińska odpowiedź na Littmanna, czyli Spirit. Sensowny model zamyka się w 200 zł z przesyłką i w zasadzie nie byłoby powodu, żeby brać go pod uwagę mając w zanadrzu polskich producentów w tej samej cenie gdyby nie babski odpał. Otóż Spirit ma pińcet kolorów do wyboru, łącznie z perłowymi i opcją transparentnej liry. A mi się widzi albo jakiś pastelowy albo czorny jak smoła i jestem w stanie nawet przełknąć made in China.

No i nie wiem – ładny, ale chiński? Brzydki, ale polski? Littmann?

Ten ostatni ma małe szanse, bo znam siebie i wiem, że do końca studiów to on nie przetrwa na pewno. Nie jestem typem z telefonem w 5 futerałach, porządkiem w torebce i oddzielną teczką na notatki. U mnie wszystko mieszka w ogromnej torbie – buty, Robbins, kubek termiczny, pół kilograma zakreślaczy i długopisów, fartuch, plastikowe sztućce i milion innych rzeczy. Nawet nie zakładam, że jakikolwiek stetoskop w tym burdelu będzie się nadawał do użytku po kilku latach, więc chyba szkoda kasy na luksusy.

Także na placu boju został Yavit, Ecomed oraz Spirit. Brałabym Spirita, już pal sześć, ale czy student z MJENTOWYM stetoskopem nie wygląda głupio?

Mam dosyć dzisiejszego dnia i w ogóle ostatnich miesięcy.

Z immuno zabrakło mi 1 pkta (oczywiście, ja jak nie zaliczam to zawsze jednym punktem, ZAWSZE), pytania z fizjo na kole były tak bezsensowne, że to też pewnie będzie do tyłu i już mi się nie chce.

Miałam iść na dyżur na anesteziologię, ale co tam – ważniejsze jest doczytywanie komentarza o wariantach przeciwciała IgM u 0,001% populacji wwalonego drobnym druczkiem na końcu rozdziału. Na pewno za parę lat ważniejsze będzie to, niż umiejętności praktyczne.

Na fizjo uważam, że byłam przygotowana – nie na 100%, ale jednak noc poświęciłam, wszystkie najważniejsze rzeczy ogarnęłam. Ambitnie z EKG, receptorów i innych istotnych spraw doczytałam sobie jeszcze ekstra o patologiach, uznałam, że jest całkiem nieźle. Tradycyjnie naszej grupie znowu asystent przywalił pytaniami, które brzmiały, jakby je na szybko układał na światłach w drodze do pracy. Jak to jest, że jedni dostają załamki EKG do opisania, a my wektory serca w różnych odprowadzeniach. Serio? To jest najbardziej istotne z tego tematu? Jutrzejsza grupa pewnie będzie miała pytanie o rozmieszczenie elektrod, albo też dostaną załamki. A my tradycyjnie pytanie z tyłka, którego nikt nawet na ćwiczeniach nie tknął, bo mało istotne. Cała reszta na tej samej zasadzie. Nie ogarniam, po jakiego grzyba przez 3h coś omawiać z każdej strony, a potem na kole pytać o coś, co się skomentowało „a, to mało istotne” i czego nawet w Konturze nie ma. WTF?

Kolokwium świetnie napisała panna, która jest przekonana, że aorta wychodzi z przedsionka.

Idę do koleżanki, również zakwalifikowanej na kolejny termin immunologiczny spożywać alkohol, trzeba nabrać dystansu do tego wszystkiego.

Dzisiejszy dzień to jakaś katastrofa. Plany były ambitne – koło 10 znaleźć się w czytelni, ogarnąć fizjo, pójść na obiad, pójść na wykład, wrócić do domu, przygotować się na korki, wieczorem zrelaksować się z filmem i grzańcem. Piękna sprawa, zero porannych zajęć, można się wyspać i bezstresowo i bez opadających powiek zorganizować się ze wszystkim.

Jak to wygląda w praktyce: o 8:30 budzi mnie sms, o 9 wstaję. Ok, nie jest źle, jeszcze wszystko jest do uratowania. Ale odpalam kompa, czytam sobie różne głupie rzeczy, w lodówce pusto, koleżanka pisze, że nie idzie do czytelni, bo zimno. No fakt, najlepiej ogrzewana to ona nie jest, można zmarznąć siedząc bez ruchu. Dobrze, to czytelnię odpuszczamy, ogarnę sobie coś konkretnego, typu EKG, w domu. Ale nie ma nic na śniadanie. I na alledrogo kończą się aukcje. I miałam przeczytać na fejsie, jakie przewidywania na grupie roku się urodziły w kontekście kolejnego terminu z immuno. I tak siedzę przed kompem dalej, wyjdę w końcu po zakupy i zbiorę się na ten wykład mając świadomość, że pół dnia poszło. Normalnie nawet nie wiem, kiedy wykłady z tych badziewiastych przedmiotów są, ale raz na liście wypada być i taki piękny plan miałam przecież. Koło z fizjo z tematu, który mnie nie rajcuje i który na bieżąco ogarniałam byle jak jest pojutrze. Jutro takich luksusów czasowych nie mam, więc znowu będzie panika i siedzenie po nocach. I tak w kółko. Niby po każdym takim epizodzie obiecuję sobie, że to ostatni raz, że teraz już się zacznę uczyć wcześniej, ale ciągle czekam na przełom. Droga fizjologio, bądź łaskawa, bo uwalenie dwóch rzeczy w jednym tygodniu jest już tak strasznie słabe, że chyba pęknie mi żyłka w oku i będzie po karierze.

Wqurw. Problem mam z tym zakładem taki, że ewidentnie nie potrafię odczytać ich zamiarów – nie wczytuję się w komentarze czcionką 6, 15 wersowe podpisy pod wykresami i tym podobne, najwyraźniej bardzo istotne informacje w 600-stronicowej książce A4. I robię źle.

Studencik myśli, że jakieś kliniczne rzeczy są ważne. Albo zrozumienie tych wszystkich porąbanych procesów jest mu potrzebne. Nie jest – na to będzie czas, jak studencik jakimś cudem będzie lekarzem, teraz studencik ma studiować. Kupić lupę i czytać cały podręcznik, a nie sobie wybierać. Też coś!

 

Weekend pod znakiem immunologii, która to immunologia byłaby megaciekawym przedmiotem gdyby nie meganudne zajęcia i jeszcze nudniejszy podręcznik do wkucia od deski do deski. „Mutacja genu Nud44a981 powoduje brak czynnika FUC1K, który to brak może, ale nie musi powodować niespecyficzne objawy. Jedynym testem potwierdzającym diagnozę zespołu DRSEBN12-z, którego do tej pory opisano 13 przypadków, jest badanie genetyczne. Badania tego się nie wykonuje, ponieważ dzieci umierają w ciągu 24h od narodzin, więc zasadniczo wszystko to jest bez znaczenia, albowiem leczenia brak”

Pytanie: Zespół DRSEBN12-z powoduje:

a) brak enzymu katalizującego reakcję syntezy czynnika F1UCK

b)mutacja genu Nud44a98 – 1 lub -2

c)delecja fragmentu Nud44 chromosomu 9

d) brak lub niedobór czynnika FUC1K

e) brak czynnika Nud44a981 kodowanego przez FUC1K

f) żadna odpowiedź nie jest prawidłowa

g) prawidłowa odpowiedź c i e

h)prawidłowa odpowiedź a i d

Mam na dziś zestaw „zakuwanie przyspieszone” – mnóstwo czekolady, karmelową kawę (swoją drogą to się chyba uzależniłam od tych pachnących, beznadziejnie drogich kaw DE) oraz małą namiastkę imprezy, czyli piwo z przeznaczeniem na grzańca i tadaaaaam,zamierzam ogarnąć połowę niedoborów odporności. Motywacja jest marna, szanse na pchnięcie teściku wielokrotnego wyboru jeszcze marniejsze, także psychicznie przygotowuję się na drugie podejście. Chciałabym ten syf już zamknąć, oddać Gołębia na jego zakurzone, biblioteczne miejsce, notatki przekazać szczęśliwcom, których ta przyjemność jeszcze czeka i mieć spokojną, bezegzaminową sesję sesję, ale bądźmy realistami. W jeden dzień się tego nie ogarnie, no way.

Poświęcenie egzaminu jednak, mam nadzieję, było warte bo zaliczyłam piąteczkowy anestezyjny dyżur w końcu. Szału nie było, podłączenie pod respirator raz i wkłucie centralne raz, natomiast na bloku pustki straszne – ale wiem już co, gdzie i jak, oraz do kogo. I do kogo absolutnie nie.
Piąteczek po kole z fizjo (nudy, nudy, nudy znowu) wydaje się dobrym terminem na kolejne podejście.

Nigdy nie myślałam, że w moim przypadku jest to możliwe – a jednak. Dziś po raz pierwszy w życiu zasnęłam na zajęciach. Autentycznie rąbnęłam sobie drzemkę na ćwiczeniach, taką konkretną, z wyłączeniem świadomości.

Jeszcze będą ze mnie ludzie.

Dzisiaj praca z komputerem, jutro praca z pomocami analogowymi.

Ogarniam prezentację przypadku i układam testy dla korków, i nie „postaram się zrobić”, tylko „zrobię”. Zacznę chyba stosować trening skupienia, czy jak się to tam nazywało. Rozpoczyna się od 20 min (powiedzmy, myślę, że tyle wytrzymam) koncentracji na zadaniu – żadnych przerw na herbatkę, żadnego sprawdzania maila, pogody, promocji w Rossmanie itp. Robi się tylko to, co ma się do zrobienia. PO 20 min przerwa na takie właśnie pierdoły, jak robienie kawy, czy organizacja zakreślaczy według stopnia zużycia. Tydzień później wydłużamy czas do 30 min itd.

Serio, muszę chyba w takie głupoty zacząć się bawić, bo nie jestem w stanie skupić uwagi na niczym dłużej niż 15 min. I nie dotyczy to tylko nauki, czy pracy. Filmu też za jednym zamachem nie obejrzę:/

Także dziś ograniczam internet, będzie zabawa w małego naukowca/małego nauczyciela.

Jutro natomiast planuję 12 h w czytelni. Mam wolny dzień i jest to ostatni dzień na naukę tak naprawdę. Naukę, of course, do epidemiologii. Fizjologia mniej ważna, może poczekać (ironia ironia ironia). Potem jeszcze tylko pierdyliard zaliczeń i można się wybijać z rytmu przez 3 tygodnie sesji/ferii.